Pniowiec pod śniegiem, czyli jak nie wyglądają święta.
Końcówka grudnia. Wg wszelakich prawideł i zasad, świat powinien leżeć pod śniegiem. Zamiast śniegu mamy 15 stopni na plusie. Hoł hoł hoł…
Korzystając w sympatycznej pogody, udaliśmy się na mały spacerek po pniowieckich lasach. W spacerze uczestniczyła niezmiennie ekipa składająca się z 4 postaci: żony, konia, mnie i psa. Koń wdepnął w psa, pies narobił rabanu (widać, że facet: ledwie starł naskórek, a darł japę jakby mu łapę obcięło), przechodzący obok dziadek się wystraszył, koń miał wszystko w dupie, a ja żałowałem, że zamiast na łapę, koń nie nadepnął psu kopytem na mózg. Oczywiście poza tym pies uciekł nam do lasy za jakims biegnącym zającem, sarną, czy innym jeżem. Sielanka.
Z tej wyprawy wyniosłem jeden smucący mnie fakt. Kompletnie przestaję sobie radzić z foceniem zwierzyny w terenie. Niestacjonarne warunki zaczynają być dla mnie mordęgą, brak czasu na rozstawienie się ze sprzętem, ciągłe przemieszczanie nie pozwalają mi na myślenie o tym, jak porozmawiać z aparatem, by osiągnąć za jego pomocą to, co chciałbym uwiecznic.
Nie jest też na tyle źle, że oczuwam jakiś wybitny regres. Patrząc na zdjęcia widzę, że wyrobiłem sobie nawyk podchodzenia do foconego obiektu w taki sposób, by wykrzystać maksymalnie dostępne światło. Zacząłem też podświadomie usuwać kadrem szpecące elementy. To cieszy.
Jednak nadal wjeżdzam aparatem w hiperfokalną obiektywu. Koszmar. Ciągle nie panuję nad tym sprawiając, że obiekt wjeżdża w nieskończoną ostrość nie odcinając się od tła. Czeka mnie dużo pracy nad tym.
Skąd to się bierze? Chyba z wiary, że waląc zdjęcie z 2go brzegu rzeki, aparat i obiektyw dadzą sobie radę wybraniem ostrością fotografowanych postaci. Heh. Fizyki nie da się oszukać. Coraz częściej podnosząc aparat do oka, opuszczam go bez pstryknięcia migawką. To dobrze. Trzymam palec na wodzy i staram się kontrolować to, co widzę w wizjerze. Czy faktycznie to, mam przed sobą jestem w stanie wyciąć tak jak chcę? To nie startek, tu się nie zagina praw przyrody. A do puszki nie mam przykręconego f2.8 w tele.
Siedząc i pisząc te słowa, zaczynam się zastanawiać, czy jednak nie było ciut lepiej w kwestii focenia na spacerze, niż mi się wydawało. W końcu… no dobra, popełniłem sporo bobów. Z 2giej strony, świadomie nie popełniłem wielu kolejnych. Może tę kontrolę nad samym sobą, walkę z BNM mógłbym potraktować jako mały krok do przodu…
Jestem ciekaw, co zarejestrowało się w analogowej puszce. Wypstrykałem wczoraj do końca film (iso… 1600!), trzepnąłem prawie 1/3 kolejnej kliszy. Mam wielką nadzieję, że 4 klatki na których bardzo mi zależało, będą równie udane, jak starannie były tworzone. Jeśli tak – będę zadowolony.
Ktoś kiedyś powiedział: “a teraz powiedz mi, z jakiego powodu zrobiłeś to zdjęcie i czy mając okazję zrobić je raz jeszcze – uczyniłbyś to”. (cytat nie jest dosłowny). Jeśli materiał na analogu będzie udany – będę mógł bez problemu sam odpowiedzieć sobie na 2gą część pytania twierdząco, a następnie przez pół godziny spuszczać się nad odpowiedzią na część pierwszą.
Dostałem pod choinkę ciekawą książkę: światło w fotografii. Można tam wygrzebać kilka ciekawych informacji na temat wykorzystania zastanych warunków. Jestem ciekaw, ile wprawniejsze oko jest w stanie wyciągnąć z zimowego światła nad wodą.
A wracając do wydarzeń aktualnych: za kilkadziesiąt minut kolejne starcie ze stajnią. Obym tym razem znów nie zapomniał, że 16-85 to mniej niż 200mm i nawet jeśli bym się miał zesrać – nie zdejmę nim muchy z 2go końca padoku.



