Avatar, Neytiri i Zoe Saldana
Nie za często dzieje się tak, że poświęcam na przemyślenie jakiejś pozycji filmowej więcej, niż kilkanaście minut.
Tym razem będzie inaczej…
Avatar oglądaliśmy wczoraj. W wersji 3D. Wrażenia? Nie wiem, czy mogę mówić tu o wrażeniach związanych z tym filmem. To by było zbyt proste. Avatar to jeden z tych filmów, które wbijają się gdzieś w moją głowę i tkwią tam godzinami domagając się czegoś więcej, większej uwagi, ponownego przeanalizowania treści, fabuły, a nawet… oglądnięcia po raz kolejny. Z czego to się bierze?
Hm… Avatar w żaden sposób nie jest nowatorski. Oklepany schemat, przyrównywany fabularnie do Pocahontas, sporo efektów specjalnych, do tego jakieś moralizujące przesłanie. Jednak świat w który zostaje wrzucony widz, jest światem który zabija rzeczywistość wokół widza, światem, w którym człowiek zanurza się do ostatniego zakończenia nerwowego. Avatar sprawił, że zapomniałem o otaczającym mnie kinie i ludziach obok. Zostałem pochłonięty przez bieg wydarzeń, stałem się ofiarą filmowego instrumentu którym zostałem zahipnotyzowany. I dobrze! Po to właśnie poszedłem do kina – by przeżyć coś niezwykłego. I dostałem właśnie to, za co zapłaciłem.
Nie sposób nie wspomnieć oczywiście o Neytiri… Nigdy wcześniej tak nie zareagowałem na postać stworzoną w filmie. Neytrii, grana przez Zoe Saldana stała się przewodniczką widza po świecie Pandory. Aktorka o której wcześniej nie słyszałem, pokazała mi postać, o której z pewnością długo nie zapomnę.
…i Zoe jako Neytiri:
Szukając informacji na temat Avatara, udało mi się natrafić na krótki film, gdzie znalazły się ujęcia pokazujące moment kręcenia poszczególnych scen, z porównaniem efektu końcowego, z obrazem rzeczywistym:
http://www.youtube.com/watch?v=fOHPCI_9-eQ
Do tego wywiad z Zoe – kilka słów o filmie i Neytiri:
http://www.youtube.com/watch?v=KcBuqUDLg7w
Udało mi się też wygrzebać zapis przygotowań do filmu, treningu ruchowego przyszłej Neytiri (od 1 min 51 sek):
http://www.youtube.com/watch?v=9sQ4vOgp0YI
Tak. Zdecydowanie Neytiri na długo pozostanie w mojej pamięci, zaś Avatar stanie się jedną z pozycji, do których będą porównywane kolejne twory filmowej machiny.
Wczoraj około godziny 19 (minut kilkanaście) zakończyła się w kinie projekcja filmu. Nikt nie wstał. Napisy końcowe przesuwające sie przed widzami były aktem bluźnierstwa, który zakończył kinową ucztę. Dopiero, gdy zapalono światła, na sali zrobił się ruch.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak bardzo żałowałem, że film już się skończył. Uczucie towarzyszące opuszczenia kina mogę przyrównać jedynie do żalu, jaki odczułem kończąc czytać Trylogię.
Avatar – gorąco polecam.
…i niech nikt się nie bierze za kręcenie 2giej części, błagam…

