14 dni w telegraficznym skrócie: Rembrandt. Klisze. Ludzie. Fotografia. Smród ciemni. King. Durne filmy. I notoryczny brak czasu.

Siedzę nad zdjęciem zrobionym w.. chyba w 2002 roku. Wsiadłem wtedy któregoś ranka w samochód jadący Jedynką. Tak ot, niby bez powodu. Bardziej było to skutkiem stwierdzenia w pewien wrześniowy poranek, że może bym tak pojechał stopem na północ. Dojechałem wtedy nad morze – bo mogłem. Późnym wieczorem dotarłem do Gdańska. Przespałem się w jakimś schronisku, by następnego dnia z plecakiem pomaszerować w stronę morza. Szkoda mi było kasy na tramwaj, dreptałem więc długi, długi czas. Dotarłem, przedzierając się wcześniej przez jakiś magiczny las, działki, cholera wie co jeszcze. Najważniejsze było to, że w pewnym momencie za kolejnymi krzakami przez które musiałem się przebić, szumiał cel mojej drogi. Znalazłem piaszczystą dróżkę pomiędzy chwastami. Na jej końcu szumiał Bałtyk. Zdjąłem garba, zrobiłem durne zdjęcie, które leży zawsze pod ręką na lewo od klawiatury. Leży jako dowód, że kiedyś miałem więcej czasu na wszystko. Taki order. Medal. Świadectwo czynu.

Gapię się w papiery naświetlane w ciągu ostatnich zajęć. Bełchatów zerka ze zdjęcia. Koszmarny kadr, dupiata kompozycja, może się ścigać z autostopowym zdjęciem o to, którego należy się bardziej wstydzić. Co powoduje, że morski widoczek jest o wiele bardziej wartościowy od bełchatowskiego? Jego unikatowość. Straciłem bowiem kliszę, na której zarejestrowałem moment dotarcia do morza. Nie powielę już tego widoku, nie zarejestruję ponownie obrazu na kartce innego papieru. Zdjęcie stało się dziełem. Niezbyt wysokich lotów dziełem, ale jednak dziełem. Dziełem na miarę moich ówczesnych możliwości.

Gapię się na ten skretyniały obrazek, z którego straszy różowa karimata, zmęczony życiem plecak, jakieś obsikane przez psa krzaki i zaczyna do mnie docierać, jakim to sposobem jedno zdjecie może mieć swoją wartość. Unikalność. Niepowtarzalność.  Kiedyś postrzegałem fotografię, jako środek przekazu który pozwala na nieskończone powielanie zarejestrowanych zdarzeń. Nie pojmowałem, jak można sprzedać zdjęcie. Jak wartość może mieć obraz zawarty w kadrze, jeśli jestem w stanie uzyskać go raz jeszcze posiadając kliszę.

No właśnie, nie posiadam jej. Rozumiem już skąd ceny zdjęć idące w setki, tysiące euro.

Mój mały skarb w formacie 9×13. Na papierze Kodaka. Bezcenny.

Jeśli Rembrandt był mistrzem portretowania, to ja jestem jednorazowym mistrzem dokumentacji Ważnego Wydarzenia: dotarcia do morza.

Zostawmy jednak tę nieszczęsną fotografię – jeszcze się tu o niej dość naprodukuję. Warto wspomnieć o czymś, co nie śmierdzi ciemnią: o tym, co wystrugał King. A wystrugał coś zacnego… Przyznam się bez bicia – wszedłem w posiadanie książki z powodu reklamy która atakowała mnie z każdej strony. ‘King wraca do formy’, ‘książka, która dorówna miasteczku Salem’ itd. Kurde, chyba nie kłamali. Książka jest.. dobra. Pachnie Kingiem, podaje mi efekt pracy palców Autora – prawdziwego Autora, którego poznałem dzięki ‘Sklepikowi z marzeniami’ czy ‘Misery’. Po tym, co ostatnio King uwalił odnoszę wrażenie, że wraz z ‘Pod kopułą’ wraca do mnie pies, który przeprasza za nasranie na dywan i chętnie poda mi moje ulubione kapcie. Dobry King, dobry. Dostaniesz kość – kupię następną Twoją książkę.

Swojego gnata z pewnością nie dostanie nikt, kto miał związek z wysraniem filmu(?) Legion.  Szczęście w nieszczęściu: nic mnie nie kosztowało obejrzenie tego – że tak zaszaleję z nazwą – ‘filmu’. Legion to twór, który powinien zostać skrócony do 30 minut – na tyle czasu projekcji sumują się sensowne sceny Legionu. Skąd taka nie do końca pozytywna recenzja? Cóż… Trailer z zapowiedzią i krótkim wprowadzeniem prezentuje najlepsze sceny. Cała reszta poza trailerem to pseudointelektualne pogaduszki o życiu, wierze, aniołach, demonach i zniszczeniu. Do kompletu brakuje wstawek z reklamą sklepu z bronią: ‘W filmie wykorzystano gnata ze sklepu Dżony i s-ka. Chcesz palnąć w łeb? Kup Glocka, dorzucimy jedną kulę gratis! W sam raz na samobójsto podczas oglądania tego gównianego tworu!’

Fuj… Dobrze, że obok łóżka leży ‘Pod kopułą’. Zawsze po niezbyt udanym wyborze filmu można zająć się czymś, do czego ktoś się faktycznie przyłożył…