Avatar – 2ga część rozmyślań na temat filmu. Po 2ch dniach analiz i rozgryzania swoich rekacji na ten filmy, chyba odkryłem gdzie tkwiło w nim niebezpieczeństwo. Avatar pokazuje zderzenie 2ch światów – świata cywilizacji - czyli zmechanizowanej do granic możliwości ludzkości, oraz świata istot, które bez cywilizacyjnego pędu osiągają spełnienie, jakiego technolgia nie będzie w stanie zapewnić. Rzeczy niezbędne do życia, Niebieskie Istoty odnajdują w sobie, we wspólnocie oraz oczywiście w otaczającym je świecie.

Bohater filmu, który przekracza granicę pomiędzy światami, uczy się nowego otoczenia, środowiska Pandory – a widz wraz z nim. Krok po kroku główna postać Avatara odkrywa, że to, co zyskał zostawiając za sobą cywilizację, jest… lepsze. A ja jako widz zgadzam się z nim.

…wyobraźcie sobie, że nagle przestajecie brać czynny udział w codziennym wyścigu szczurów, przestajecie się martwić stanem posiadania, zamiast tego szczęscie, które staracie się zapewnić sobie i rodzinie dobrami materialnymi, odnajdujecie wokoł siebie za darmo, w tym co otacza Cię na Ziemi. Abstrakcja? Utopia? Może. Ale jak obrzydliwa w zderzeniu z takim światem staje się codzienność którą jesteśmy przesiąknięci…

Tak właśnie zareagowałem na Avatar. Zacząłem tęśknić do świata ukazanego na filmie. Do świata z jaśniejszymi zasadami, mniej skomplikowanymi priorytetami, gdzie wszystko jest czytelne, jasne. Identycznie wiele miesięcy temu odczuwałem żal, gdy rozstałem się z Trylogią - także światem odmiennym od naszego. Z czasami gdzie godność i życie były ważniejsze od środków do życia. Ale to nie o Trylogii miałem pisać.

Dochodzę do wniosku, że jestem osobą cholernie podatną na podsuwany mi pod nos produkt filmowy. Starając się czerpać z ekranu jak najwięcej, będąc ciekawym filmu, dałem się mu nieświadomie pociągnąć za sobą. Chyba nawet nie potrzeba było przekazu podprogowego, czy innego magicznego wynalazku. Ot, moja ciekawość zaciągnęła mnie pomiędzy listowie Pandory. A powrót z tamtego świata jest trudny. Oj trudny…  Nie zmienia to jednak faktu, że uważam Avatar za jeden z najlepszych filmów jakie widziałem w życiu. Jestem w stanie postawić go na jednej półce z Natural Born Killers i Full Metal Jacket.

A Mroczny Rycerz?

No cóż… Dojrzewając do wniosków wokół Avatara, postanowiłem sobie zaaplikować coś lżejszego. Takiego ot – wybuchy, lekka fabuła, jakiś flaczek na ścianie, czy gwałcik w piwnicy. Postanowiłem zerknąć na Mrocznego Rycerza. Zdziwiłem się nieco, gdy zobaczyłem czas trwania filmu – cholernie długi. Nie mogłem jakoś wyobrazić sobie, jak można rozciągnąć aż tak bardzo historię kolesia w czarnych kalesonach skaczącego po dachac. Włączyłem film i… Bardzo się zdziwiłem.

Zawsze postrzegałem serię z Batmanem jako ekranizację komiksu, czyli na dobrą sprawę lekką historię na niezbyt wymagający intelektualnie wieczór. Mroczny Rycerz mnie zaskoczył. Nie chodzi o to, kto zginął, jak zakończył się film, chodzi o to, jak wspaniały obraz zarysowała sobą społeczność Gotham City. Nie chodzi mi tu o jakieś konkretne postawy ludzi, lecz o zwrócenie uwagi widza na to, że poza złym Jokerem, dobrym Batmanem i jeszcze kilkoma innymi postaciami, jest też społeczeństwo które teoretycznie odgrywając bierną rolę w tej historii, też ma coś do przekazania. Oczywiście nie wychylając się zbytnio w stronę pierwszego planu ;)

Mroczny Rycerz był dla mnie tak naprawdę pierwszym Batmanem, gdzie film przedstawił mi kompletny od A do Z obraz świata współżyjącego z facetem w czarnych kalesonach. Hm.. To głupio zabrzmiało. Batman stał się jedną ze składowych świata Gotham. Bukiet smaku filmowego został nasycony na każdej płaszczyźnie. Mniam!

Wychodząc na koniec poza temat Batmana, a pośrednio nawiązując do Avatara… Ciekawe ile kosztuje przebranie Neytiri ;) I czy można je dostać już gdzieś w… sklepach z niegrzecznymi ciuszkami ;) I kompletnie nie rozumiem, czemu Żona Moja dziwnie, a nawet nieco z przerażeniem patrzy na mnie, gdy poruszam ten temat… ;)